chleb

Niegdyś jadałem go mnóstwo i bywał pyszny. Okazał się również interesujący graficznie. W ramach eksperymentu – razem z tekstami do powielenia zaniosłem go niegdyś do punktu kserografii.

Rozdzielczość jest słaba, cykl musiał się mieścić na dyskietce o pojemności niespełna półtora megabajta. Było to tak dawno, że jeszcze rosła trawa tam gdzie teraz jest beton. Do komputera miałem dostęp bardzo odświętny; pracownia była wprawdzie otwarta przez całe dnie, ale chętnych było wielu. Skan został otworzony w czwartej, najnowszej wersji fotoszopa, którą przy okazji starałem się zgłębiać. Zaczęły dziać się rzeczy niezwykłe, i chleb nabierał dość kosmicznego znaczenia. Właściwie mógłbym dziś się chwalić, że mam unikatowe zdjęcia zrobione przez satelitę na pierwszym cyfrowym aparacie fotograficznym z lat osiemdziesiątych XX wieku, ale skoro już zacząłem o chlebie, no to jest szczerze.

Zauważyłem, że symetryczne odbicie lustrzane nadaje rzeczy dość dziwacznie symbolizujące znaczenie i w toku zabaw powstała planetoida.

I księżyc tej planetoidy.

Materia ulegała zmianom.

Bywała bliska rozpadu.

A potem – w miarę emocji związanych z ogromnymi możliwościami fotoszopa poczułem się nieco głodnym i symbolizm spowszedniał.

Nie wiedziałem, że w fotoszopie można upiec rzeczy kosmiczne.

Zastanawiało mnie jednak jak dałoby się wykorzystać użytkowo takie formy i postanowiłem zrobić projekty plakatów. Myślałem, wtedy, że to odkrycie Ameryki i dla mnie, w latach dziewięćdziesiątych – rzeczywiście było. Interesowało mnie kiełkujące dopiero zjawisko masowości kultury.

Odwieczne zawieszenie bytu ludzkiego pomiędzy duchem i materią.

No i ekologia, która w miarę ubywania naturalnych przestrzeni dzisiaj zajmuje w głowie jeszcze większy obszar.

Dziś nie jadam chleba, myślę, że swój przydział już wykorzystałem. Nie odbijam go na ksero i nie skanuję w skanerze. Kolory powyższych prób są, przyznam dziś – mało wyrafinowane, ale taka właśnie była relność moich pierwszych kroków z komputerem.