Bitwa na bity, wojna o mity

Z radia obok, które z racji propagandy od dawna pozostaje urządzeniem ładnym ale nieużytecznym dobiega kobiecy, sztywno wyprasowany głos wyszczekujący rytmicznie komunikat o pomysłach przymusu zastrzyków na c-19. Koncepty wyglądają na społeczne sito; kto „się słuchać będzie” zostanie, kto nie będzie – ten też zostanie – bez zajęcia. Oświata, służba zdrowia, policja czyli trzy staroarmie nowego ładu miałyby być pierwszym celem czystki i nic w tym dziwnego, dzięki nim przecie dokonuje się powszechne programowanie umysłów oraz nadzór. Drugorzędnym jest to, czy w zastrzyku placebo jest czy trucizna, na razie o posłuszeństwo chodzi. Medialna dezinformacja wygląda na ubijanie gruntu dla egzekwowania powszechnego przymusu. Wojna to, ale naiwnym byłoby myśłeć, że starodawna i jawna, na czołgi i kulki. Są nowe, mniej widoczne a bardziej skuteczne technologie okupacji. To bitwa na bity.

Galaktyka Gutenberga

Kiedy umiałem już liczyć zaintrygował mnie fenomen drukowanych pieniędzy. Trochę nad nim rozmyślałem, po czym zapytałem dorosłych o to, czy i ja mogę wydrukować swoje tak, żeby kupić coś za nie w sklepie albo rozmienić na drobne w banku. Odpowiedziano: „No pewnie!”

Nie zrozumiałem żartu i ochoczo zabrałem się za rysowanie banknotów z różnymi królami, orłami i zmyślnymi ornamentami, dopisując drukiem, że bilety są prawnym środkiem płatniczym w Polsce. Nadałem każdemu unikalny numer, podpisałem jako prezes nowego banku i za każdą jedynką dodałem tyle zer ile zmieściło się do końca banknotu. Szczęśliwie – była to znacznie łatwiejsza technologia niż bicie mało wartościowego bilonu. Powstała kolekcja niebotycznych nominałów a jedynym, co w moich oczach nieco im umniejszało był papier w kratkę. (Czas to był kryzysu i nie było innego pod ręką.)

Kiedy te ‚promisory notes’ były już gotowe, zostały porządnie, jak każde inne obiegowe banknoty pomierzwione i podstarzone, co nadało im autentyczności i powagi.

Dziś wiem że każdy, wedle fantazji zamkniętej w pewnych ramach, rzeczywiście drukować może ale niektórzy bardzo preferują swoje i na twórczość innych reagują agresywnie.

Znak tysiąca słów

Logotyp bywa fundamentem na którym buduje się znaczenie; pojawia się prawie zawsze tam, gdzie chodzi o coś intelligibilnego.

Państwo, firma, korporacja, instytucja, religia – podpierają się a czasem wręcz spoczywają na gruncie znaku, który z czasem albo (współcześniej) z momentem opublikowania staje się godłem, orderem, proporcem, symbolem czy towarowym znakiem.

Ciała niebieskie, zjawiska atmosferyczne, królestwo flory, fauny oraz geometria i kroje pisma bywają tu ‚alfabetem’. Gwiazdy, księżyce, błyskawice, wiatry, domy, tarcze, młoty, wagi, maski, orły, kwiaty, drzwa, noże, kamienie, róże i cała reszta – przemieszana z lasem formenych i nieforemnych poligonów, otulona w koloryt, rozrzucona na poletkach różnorakich systemów znakowych – to materia logotypów.

Sprzedam

Ziemię, Niebo. Moją ziemię i niebo? Po to, żeby żyć w tym miejscu, wśród tych ludzi wyjścia innego poza kupnem nie widać. A jednak to ciekawe, że nabywa się najczęściej kubiczną bryłę o podstawie a, głebokości x wysokości y i jak szlaczkiem w zeszycie pierwszoklasisty – otacza ją jak najładniej kratką, siatką, murkiem i biegnie dalej, żeby utworzyć akt zamknięcia przestrzeni w książce która nigdy nie była i nigdy nie będzie wieczysta. Jak Janowi Kowalskiemu nie potrzebny przed nazwiskiem tytuł Człowiek Jan Kowalski, bo każdy wie, że Jan jest istotą ludzką, tak wiecznej księdze też nie potrzebny byłby przymiotnik gdyby była wieczna. Posiadamy. Bezpieczni, w celi prywatnego terenu. Wstęp wzbroniony ale i wyjście zamknięte na te same spusty. Nie można miejsca opuścić, za wyjątkiem przepustki. Jeśli się to zlekceważy – można zastać splądrowany dom z powybijanymi szybami. Siedzimy zatem, z ogromnym zapasem czasu na zrozumienie tego, co mówi natura nawet na tym małym kawałku przestrzeni oraz tego, co mówili Indianie oznajmując że człowiek do ziemi należy, nie odwrotnie.

Prawo Litery

Nie wiedziałem, że zgrabnie już tę wątpliwość zapisano, którą pewie kto jeszcze żyw – żywi: Czy aby na początku słowo było, czy coś/ktoś jeszcze.

If you name me, you negate me. By giving me a name a label, you negate all other things I could possibly be. (Soren Kirk…)

Fotografując sfotografowane

W cyfrowej fotografii nie ma dynamiki żółknącego i blaknącego papieru obleczonego światłoczułą emulsją. Jest ograniczony zbiór zerojedynek, zamknięty w ciasny format pliku dający się zmieniać ale tylko przy udziale operatora z zewnątrz i w zakresie przewidywalnym matematycznie, zawsze zgodnie z algorytmem.

Być może nowa technika morduje zapisy rzeczywistości, bo to, co dotąd wiodło swój subtelny żywot, w niej dokumentnie zastyga. Nawet kiedy jest ruchomym obrazem, nigdy nie wyjdzie poza format swojego własnego zapisu. Aparat binarny działa jak karabin, którym chybić się nie da.

Organiczna pamięć żyje i jest wielowymiarowa; wszystko, co się kiedykolwiek wydarzyło w niej zostaje i nawet kiedy treści nie widać bo chowa się jak małe ptaki w gęstych zaroślach gałęzi nad głową, podlega ciągłej zaskakującej zmiane.

Refleks

Noszenie odzieży szwami do wewnątrz nicuje się aktem woli z „szalonego” w „rozsądne” wtedy dopiero, kiedy wystarczająco na własnej skórze doświadczy się ich uwierania. Próba przyspieszenia tego procesu jest skazana na niepowodzenie. Najdoskonalsze jabłko to to, które właśnie samo spada z drzewa. Potrzeba sporo uważności, albo może i konieczności, żeby uchwycić je w locie.